Chciałbym ponarzekać, ale nie mam na co – recenzja Zimnej Wojny

Zimna Wojna to film bardzo zbliżony do Idy. W podobnej stylistyce, utrzymany w tym samym nastroju, bez niepotrzebnych zwrotów, zakrętów, bez puent wciskających w fotel i bez zaskoczeń. Paweł Pawlikowski po raz kolejny dowodzi, że świetny film to po prostu zwyczajna, prosta historia, ale genialnie opowiedziana. I Zimna Wojna taka jest – do nikogo się nie łasi, niczego nie udaje, nic nie potrzebuje. Reżyser zaś znów pokazuje, że w swej, matematycznej wręcz, precyzji jest w tej chwili niezastąpiony.

Mamy połowę roku 2018, Zimna Wojna nie zdążyła jeszcze na dobre zagościć w kinach, a ma już na swoim koncie Złotą Palmę z Cannes za reżyserię Pawła Pawlikowskiego. Kilka dni temu zaś, magazyn Indie Wire umieścił ją na krótkiej liście swoich faworytów do nieanglojęzycznego Oscara (z resztą obok innych nagrodzonych w Cannes tytułów). Ludzie oszaleli, bilety na pokazy przedpremierowe w kinach rozchodziły się jak ciepłe bułeczki, sam oglądałem film przy pełnej sali. Stojąc przed kinem, na kilka minut przed seansem, minęła mnie para forejnersów (sądząc po akcencie – Amerykanie), zobaczyli plakat Zimnej Wojny, a mężczyzna krzyknął wtedy (pozwólcie, że przetłumaczę już z angielskiego) „Łaaaał, grają już Zimną Wojnę w Warszawie?! To świetnie!”.

Zbudował sobie ten Pawlikowski całkiem niezłą renomę. Oscar dla Idy był jak strzał z armaty. Nagle okazało się, że cichy, spokojny, czarno-biały film o zamierzchłej przeszłości lat pięćdziesiątych wchodzi do kin na całym świecie, a ludzie Hollywood z Meryl Streep na czele powtarzają po angielsku jakieś „Wonderful, beautiful movie”. I jeżeli teraz chcemy coś zarzucić Pawlikowskiemu, to że zrobił film zupełnie podobny. Znowu bez kolorów, znów o czasach sprzed półwiecza, ze zdjęciami w proporcji 1,33. I znowu brawo biły mu kalifornijskie nazwiska: Cate Blanchett, Julian Moore czy Benicio del Toro. To dowód na to, że autorskie, ambitne kino może zyskać masową widownię.

Zimna Wojna, fot. Łukasz Bąk

Zimną Wojnę rozpoczynają piękne obrazy przesłuchań ludowych utworów. Jesteśmy na polskiej wsi lat powojennych. Przyglądamy się (i słuchamy!), jak miejscowi ludzie wykonują stare, ludowe piosenki. Zupełnie jakbyśmy byli na castingu. Takimi właśnie przesłuchaniami zajmują się Irena (Agata Kulesza) i Wiktor (Tomasz Kot). Najpierw zbierają materiały, później kompletują ludzi. To wszystko ma posłużyć budowie nowego zespołu pieśni i tańca Mazurek (wyraźne nawiązanie do zespołu Mazowsze, który powstał właśnie w taki sposób). Wkrótce do odbudowywanego dworku pod Warszawą zjeżdżają chłopcy i dziewczęta z całego kraju, by pokazać swój talent i wstąpić do Mazurka. Jedną z chętnych jest Zula (Joanna Kulig), czyli Zuzanna Lichoń, która swoim temperamentem od razu wpada w oko Wiktorowi. Od tej chwili są już razem.

Zimna Wojna, fot. Łukasz Bąk

Nie mogę Wam jednak opowiedzieć więcej, bo historia tych dwojga jest tak genialna w swojej prostocie, że kilkoma słowami, mógłbym wszystko zdradzić. Domyślacie się pewnie zresztą z opisów filmu, zdjęć i zwiastunów. Wiktor i Zula nie mogą żyć bez siebie, ale i razem trudno im ze sobą wytrzymać. Wiktor jest stateczny, pracowity, ułożony. Zula lubi łamać reguły, jest bardziej spontaniczna, czasami wybuchowa. Podczas podróży Mazurka do Berlina, Wiktor proponuje Zuli ucieczkę na Zachód. Dziewczyna się zgadza, ale szargają nią wątpliwości, a Kaczmarek (kierownik Mazurka – w tej roli Borys Szyc) trzyma ją w garści. Do gry wkracza zatem polityka i szara rzeczywistość lat pięćdziesiątych. Od tego momentu wszystko się zmienia. Główni bohaterowie są w stanie poświęcić dla siebie coraz więcej, ale co zrobić w sytuacji, gdy już nie ma czego poświęcać?

Zimna Wojna, fot. Łukasz Bąk

Pawlikowski opowiada nam tę historię fragmentami, wybierając tylko niektóre (za to znaczące) wydarzenia z historii Zuli i Wiktora. Razem z kamerą przenosimy się w różne zakątki Europy, od Berlina, przez Jugosławię, aż po Paryż, który w tym filmie ma miejsce szczególne. Z płynącej po Sekwanie barce, przyglądamy się miastu oczami zakochanych. Są jak bohaterowie Wielkiego Piękna Paolo Sorrentino – to ta scena, gdy Jep Gambardella dzwoni po swego przyjaciela, który ma klucze do wszystkich najpiękniejszych miejsc w Rzymie, by móc pokazać je swojej ówczesnej partnerce. Wiktor i Zula płyną razem w kompletnej ciszy, a pośród nocy dostrzegają Notre Dame na Ile de la Cite. Wzdłuż rzeki, na ławkach całują się kochankowie, którzy nie chowają się wcale przed demaskującymi lampami barki. Paryż jest tu jak wielka scena kultury. Życie toczy się w restauracjach, w towarzystwie jazzujących muzyków.

Zimna Wojna, fot. Łukasz Bąk

Wiktor przekłada ludowe pieśni Mazurka na wersję jazzowe. Wśród wszystkich utworów największe znaczenie ma piosenka Dwa serduszka. Zula śpiewa ją z Mazurkiem na wszystkich światowych estradach, a jej przesłanie staje się skróconą opowieścią o miłości jej i Wiktora. „A ja chłopca, hac! za szyję, będę kochać póki żyję” brzmi z początku radośnie i uśmiechają się komunistyczni dygnitarze, gdy słuchają Zuli. Wiele razy dziewczyna zaśpiewa tę piosenkę, ale za każdym razem brzmi ona inaczej. To jest też wielka siła tego filmu – muzyka. Nie ma chyba osoby, na której nie zrobią wrażenia wykonania Mazurka, ale też jazzowe aranżacje, za którymi stoi Marcin Masecki. Posłuchajcie:

Zimna Wojna to film niesamowicie precyzyjny, każda scena ma swój logiczny początek i swoje logiczne uzasadnienie. Chciałbym tu czasem ponarzekać, ale nie mam na co. Sam koniec, mimo, że wydał mi się nieco banalny, nie może potoczyć się inaczej, bo jest logicznym ciągiem wszystkich poprzedzających scen. Śledzimy losy bohaterów przez około dwadzieścia lat razem z kamerą Łukasza Żala, który znowu zrobił świetną robotę. Dzięki temu ten film ogląda się tak, jakby był żywcem wyjęty z tamtych czasów. Tomasz Kot jest faktycznie jak Gregory Peck albo Paul Newman, a niemal każde ujęcie ma doprecyzowane światło, scenografię czy kostiumy. Wszystko tu jest wiarygodne, nie ma się do czego przyczepić.

W ten oto sposób Pawlikowski funduje nam melodramatyczną opowieść pełną polskiej tradycji ludowej – śpiewu, tańca, strojów, przeplataną jazzową trąbką i klawiszami pianina. Pamiętajmy jednak, że to wszystko schodzi na drugi plan i tylko dopełnia treść tego filmu, który pozostaje prostolinijnym obrazem o miłości. „Czarne oczka, co płaczecie, że się spotkać nie możecie” śpiewa znowu Zula, Wiktor uderza w klawisze, paryski klub patrzy tylko na niego.

Total
68
Udostępnień