Dlaczego Kamerdyner to wcale nie film o miłości – recenzja

Dawno nie mieliśmy w Polsce takiego filmu. Nakręcony z rozmachem, wielowątkowy, dwuipółgodzinny Kamerdyner to epicka opowieść o burzliwych losach Niemców, Polaków i Kaszubów z pierwszej połowy parszywego, dwudziestego wieku. Oto od Filipa Bajona dostajemy misternie zbudowaną, skomplikowaną opowieść, która wciąga do świata tak zróżnicowanego jak Polska tamtych czasów.

Przy takich projektach wszystko ma znaczenie, widz musi kupić świat fundowany mu na ekranie. Stąd też przed tym filmem drżałem właściwie o każdy szczegół. Bo tu wszystko mogło się udać albo wszystko runąć. Wiecie jak to jest, jak film nie wciągnie widza do swojego świata, to jest kaplica i na nic talenty aktorskie. Bajonowi się udało. Scenografia, kostiumy, piekielnie wymagające zdjęcia – wszystko wyszło. Zabrakło jedynie kilku dociągnięć fabularnych i mielibyśmy cymes. Ale Kamerdyner to wciąż bardzo dobre kino.

Przez pierwszą połowę filmu cały czas zadawałem sobie pytania, czy w tym filmie będą jakieś emocje? Może Bajon chciał zrobić po prostu zwykłą opowieść i nam ją pokazać? Znacie te restauracyjne, plastikowe produkty imitujące jedzenie na talerzach? Niby mają nas zachęcić do wejścia do lokalu, niby wszystko jest na nich piękne i apetyczne, ale ślinianki nie pracują. Już myślałem, że podobnie jest z Kamerdynerem, ale potem do mnie dotarło i zrozumiałem. To nie jest film o miłości, nie wierzcie tym durnym plakatom. Ktoś, gdzieś napisał, że głównym bohaterem Kamerdynera jest czas. I to jest świetna wypowiedź, zaraz Wam to udowodnię.

Kamerdyner, fot. Rafał Pijański

Historia rozpoczyna się w 1900 roku, gdzieś na kaszubskiej wsi. Oto na świat przychodzi Mateusz (Sebastian Fabijański), ale jego (samotna wówczas) matka umiera przy porodzie. Sierotę przygarnia hrabina Gerda von Krauss (Anna Radwan) i odtąd mały Matti wychowuje się w pałacu państwa hrabiów, którym zarządza despotyczny Herman von Krauss (Adam Woronowicz). Malec wychowuje się razem z resztą dzieci Kraussów: Maritą (Marianna Zydek) i Kurtem (Marcel Sabat). Niby rodzeństwo, niby wszyscy razem ganiają po domu, ale jaśniepan hrabia tylko tych ostatnich wysyła na naukę do Berlina. Matti zostaje na Kaszubach i pomaga w pracach Bazylemu Miotke (Janusz Gajos), królowi Kaszubów.

Jeden król nie równa się jednak drugiemu. Hrabia zarządza ogromnym majątkiem, nosi zakręcone wąsy, a w ogródku ma pawie. Nieźle co? Co by Wasi sąsiedzi pomyśleli, gdyby w Waszym ogródku spacerowały pawie? Co najmniej 50 punktów do bogactwa, co nie? No, a dla Pana Hermana to standardzik. A Bazyli? Bazyli jeździ wozem z jednym koniem, rozdaje gazetki pod kościołem i czasem pracuje dla hrabiego. Obydwaj panowie są oczywistymi przeciwnikami, jednak szanują się nawzajem.

Kamerdyner, fot. Rafał Pijański

Tymczasem Matti wyrasta na silnego faceta i po nauce w gimnazjum w Brodnicy wraca do pałacu. Równocześnie do domu wracają Kurt i Marita. Pomiędzy Kaszubem i dziewczyną rodzi się uczucie, które nie jest dobrze widziane przez rodzinę von Kraussów. „W tym domu nie wszyscy Wam dobrze życzą” mówi Gerda. Wkrótce Matti zostaje mianowany następcą rodzinnego kamerdynera. Przyszywany, bo przyszywany, ale wciąż członek rodziny, wtem staje się osobą, która tej rodzinie ma usługiwać. Matti rozumie całą sytuację i przyjmuje ją z godnością, a w serwowaniu wina swojemu (piekielnie zazdrosnemu) bratu znajduje nawet nutę ironicznej przyjemności.

A potem wybucha pierwsza wojna światowa, po której na mapie Europy pojawia się Polska. Uśpione przez lata zaborów konflikty pomiędzy Polakami i Niemcami odżywają, a Kaszubi są jak pomiędzy młotem i kowadłem. Czują się Polakami, ale szanują Niemców, a właściwie to szanują sąsiadów. Czas wyznacza teraz zupełnie nowe granice – te polityczne jak i społeczne. Część ziem von Kraussów znajduje się teraz po stronie polskiej, a o zgodę na dzierżawę trzeba prosić polskiego urzędnika – starostę Bazylego Miotkę. I oto role się odwracają.

Kamerdyner, fot. Rafał Pijański

Kamerdyner to film o tym, jakie role pełnimy w życiu i jak szybko te role mogą się zmienić. Ci, którzy mieli władzę, z czasem zostają zmuszeni, by o pewne rzeczy prosić. Ci, którym niegdyś uratowano życie, z biegiem lat mogą sami stać się oprawcami. Dręczeni niegdyś przez jednych, będą dręczyć po latach. Opuszczani opuszczać, zdradzeni zdradzać. Kiedyś przyjaciel, dzisiaj wróg, wczoraj dyktowaliśmy warunki, dzisiaj trzeba się dostosować. Wszystkie nasze role się zmieniają, a tym czymś, co te role dyktuje jest czas. Matti niegdyś mianowany kamerdynerem dla upokorzeń, później wraca do tej roli już po to, by być chronionym przed nazistowską czystką etniczną.

Świat znowu staje na głowie, a Kaszubi doznają chyba największej krzywdy w swojej historii. W piaśnickich lasach spotykają się umysłowo chorzy, więźniowie z głębi Rzeszy i Kaszubi, którym Niemcy chcieli odebrać majątki. A potem już znany koniec wojny – do Polski wkraczają bolszewicy, dla których Niemiec czy Kaszub nie stanowią różnicy. Kamerdyner to historia Kaszubów, w której główne role odgrywają ten czas i ta ziemia. A Kaszubi muszą z tym czasem i z tą ziemią żyć.

Kamerdyner, fot. Rafał Pijański

Dla mnie aktorsko ten film wygrywają Anna Radwan i Adam Woronowicz. Ten duet dyktuje warunki i stawia poprzeczkę bardzo wysoko. W ogóle w Kamerdynerze mnóstwo jest postaci i wspaniałych ról: jowialny Gajos w roli Miotkego, piękna i zmysłowa Marianna Zydek, szalony i złowieszczy Marcel Sabat w roli zazdrosnego Kurta, podstępny i bezwzględny Łukasz Simlat, trochę próżny Borys Szyc, wreszcie poczciwy i mądry Sebastian Fabijański. Wszystkie te postacie we wspaniałych kostiumach i charakteryzacji.

Nie sposób również nie wspomnieć o zdjęciach Łukasza Gutta, który miał piekielnie trudne zadanie. Dużo scen odgrywanych jest na długich mastershotach, wędrówkach po korytarzach hrabiowskiego pałacu czy wojennych okopach. Raz obserwujemy spokojne, sielskie życie w pałacu, innym razem pędzimy obok galopującego Fryderyka von Kraussa (brata Hermana).

Czego więc zabrakło do ideału? Tego, rozdmuchanego na plakatach, wątku miłosnego. Jakoś trudno jest uwierzyć w uczucie łączące Mattiego i Maritę, brakuje mi w nim genezy, nie wiem jak to się zaczęło. Na początku Marita opuszcza dom, by wyjechać do Berlina, a po powrocie już ma chrapkę na Mattiego. Rozwój tej miłości jest niekiedy poprowadzony w stronę disneyowskich baśni lub teledysków Backstreet Boys. Na szczęście, tak jak wspominałem, to nie jest film o miłości, a o historii i rolach, jakie w niej odgrywamy. „Historia tego domu to ja” mówi do Mattiego szkolący go kamerdyner, „Historia dobra i zła”.

Total
69
Udostępnień