Komu Kler przyprawia rogi – recenzja

Mój ty panie boże, co to się dzieje wokół tego filmu! Jeszcze zanim wszedł na ekrany rozpętał prawdziwe piekło. Kina odmawiają grania, miasta zamykają kina, a minister kultury twierdzi, że nie dołożył do tego filmu ani złotówki (lol). Cóż to musi być za dzieło i kto do tego dopuścił? Nikt jeszcze tego filmu nie widział, a wszyscy już mieli wyrobione opinie. Oto recenzja najgłośniejszego, najbardziej kontrowersyjnego i najnowszego filmu Wojtka Smarzowskiego – Kler.

Nie doceniłem hype’u na ten film. Poszedłem sobie beztrosko w sobotkę do małego kinka i pytam prześliczną panienkę w okieneczku „Czy na siedemnastą, to jakiś bilecik na Klerek się znajdzie?” Pani zamrugała rzęskami i lekko w szoku zapytała: „Ale na dzisiaj?!”. W tym momencie dotarło do mnie, że ten pełen hol ludzi (i przed kinem też) właśnie patrzy na mnie i wszyscy chórem wołają „Amatooooooor!”. Okej – myślę sobie – skoro cały weekend mają wyprzedany, to proszę bardzo, wyjmuję smartfon (a co!), internet, pokaż repertuar, multipleksy, wybierz kino wybierz miasto wybierz salę wybierz miejsce kup bilet akceptuj regulamin sramin, no dalej!!! Dobra kupione. Seans rozpoczyna się za pół godziny na drugim końcu miasta. No to smartfon w kieszeń, kluczyk do łapy, gablota ołpen i wio tera do kina.

Usiadłem zdyszany na reklamach. Cała sala pełna, zajęte nawet te pierwsze rzędy, te co wiecie, montują tylko dla picu, żeby nie było pusto z przodu. Film otwiera scena libacji trójki głównych bohaterów, którzy świętują właśnie awans jednego z nich do struktur Watykanu. To ta scena dobrze znana z trailera, w której panowie księża piją na umur, piją na czas i piją na dobieg. Potem przybiega jakiś chłopak i prosi jednego z nich, bo starsza Pani u sąsiadów już u kresu i księdza trzeba. Pijany kapłan wsiada więc za kółko, a potem w bardzo wątpliwym stanie udziela staruszce sakramentu. Po powrocie zastaje awanturę. Dwójka pozostałych towarzyszy kieliszka urządziła sobie bójkę rozwalając przy okazji samochody. Policjantom to nie robi, że cała trójka kościelni, ale gdy jeden z nich interweniuje u samego komendanta, zawijają się na pięcie i dobra jest. Koniec imprezy, awanturnicy wsiadają (a jakże!) do samochodów i każdy odjeżdża w swoją stronę.

Od początku zatem mamy do czynienia z mocnym uderzeniem. Dostajesz tym obuchem w łeb i myślisz sobie „No ładnie, niezłe jaja będą z tymi księżulkami, patola na sto procent.” Ale potem zaczyna robić się trochę inaczej, bo każdego z tych panów poznajemy z osobna. Ksiądz Andrzej Kukuła (Arkadiusz Jakubik), gospodarz rzeczonej imprezki, dowodzi parafią w Tarnowie, mieszka przy kościele i ma panią, co sprząta i robi zupę. Ksiądz Tadeusz Trybus (Robert Więckiewicz) też ma gospodynię, ale uprawia z nią seks – to jego dziewczyna Hanka (Joanna Kulig). Razem mieszkają w zapadłej wsi, w domu w połowie otynkowanym. Zupełnie inaczej jest z księdzem Leszkiem Lisowskim (Jacek Braciak). Ooo proszę Państwa, tu jest jakby luksusowo, bo Lisowski wozi się mercedesem i mieszka w apartamentach diecezjalnych. Pracę ma ekskluziw, bo przy samym biskupie Mordowiczu (Janusz Gajos), a ten z kolei jeździ bentleyem.

Lisowski wraz z innymi kapłanami pracuje przy budowie bazyliki. Wielkiej bazyliki, która jest oczkiem w głowie biskupa Mordowicza. No i co tu niby jest nie tak? Otóż Lisowski ustawia przetargi (stąd ten mercedes, co nie?) – to na komputery, to na instalacje przy budowie bazyliki. Kręci, mataczy, przekupuje budowlańców, zbiera różne haki. Słowem – kawał skur…. Trybus natomiast to poczciwota, ale wciąż pijana. Pieniądz zbiera, ale woli przepić niż rynny naprawić. A Kukuła? Ten wydaje się spoko – uczy w szkole, gra z chłopakami w piłkę, równy gość, taki z niego typ, co przybija piątkę i mówi „Strzałeczka!”. Ale w pewnym momencie zaczyna robić się dziwnie.

Bo ten chłopak, ten, co z początku woła do starszej pani, mdleje po mszy. Ksiądz Kukuła wzywa pomoc i jedzie z nim do szpitala. Ale tam coś się nie zgadza. Zjawia się policja, księdzu nikt ani słówka nie chce powiedzieć. Znajomy komendant w końcu ujawnia: chłopak został zgwałcony, a gwałtu mogła dokonać osoba duchowna. No i się zaczyna. Z równego sobie chłopa ksiądz Kukuła w trymiga zamienia się w podejrzanego o pedofilię. U Trybusa wcale nie lepiej. Wracając pijany z imprezy uszkodził po drodze samochód. A teraz na parafię przyszła rodzina, że ojciec nie żyje, że ktoś go potrącił. Gdzie? No właśnie tam. Kiedy? No właśnie wtedy. Dla Trybusa szok.

Co oglądamy zatem? Widzimy wszystkie grzechy Kościoła zebrane w jedno. Ten film to żadna obraza wiary, to krytyka instytucji przypominającej wielką, bezwzględną korporację, która wbija w ziemię i rozjeżdża walcem, to co w tej ziemi zostało. Słowo „Bóg” pada tu bardzo rzadko. Dyskusje częściej koncentrują się wokół kwot i walut. Smarzowski w wywiadach sam mówi, że daleko mu do Kościoła – jest zwolennikiem rozdzielenia tej instytucji od Państwa, denerwuje go nieprzejrzysty system finansowania i kościelna hipokryzja. Nas wszystkich natomiast, z pewnością bulwersują kolejne przypadki pedofilii, próby jej ukrycia czy tuszowania. Nazbierało się tych grzechów Kościołowi. I role się odwracają. Bo teraz to Kościół musi prosić ludzi o rozgrzeszenie.

No ale co to zatem za sztuka, tak wziąć te wszystkie znane z gazet przypadki i ubrać w fabułę? Kler nie jest filmem o błędach Kościoła, choć te wypełniają go od pierwszej do ostatniej minuty. Główną rolę grają tu księża. Albo inaczej – główną rolę grają tu ludzie. „Dobry człowiek, to i dobry ksiądz” mówi zapłakana kobieta z parafii Trybusa. Każdy z naszych trojga bohaterów jest człowiekiem. I tak, jak każdy człowiek popełnia błędy. Smarzowski zrywa z nich łatki boga, odbiera im sutanny, a co najważniejsze, wskazuje nam złożoność tych postaci. Pokazuje, że na ich dzisiejszy portret składają się także obrazy z przeszłości. Pomimo wszystkich błędów, jakie popełniają, lubimy ich, stają nam się bliżsi.

Smarzowski przyzwyczaił nas do pewnego poziomu, poniżej którego nie schodzi. Kler jest oczywiście kolejnym tego potwierdzeniem. Jak zwykle, swoje dobre role grają wszyscy główni bohaterowie wraz z Januszem Gajosem. Jak zwykle również, świetną muzykę stworzył Mikołaj Trzaska. Od czasu Wołynia, w mojej opinii, filmy Smarzowskiego to już nie to samo co Dom zły, czy Róża, ale to wciąż dobre, mocne kino, nie stroniące od brzydoty. Turpizm jednak odchodzi tutaj w dal, głównym zadaniem jest wspomniana desakralizacja kleru. Reżyser mówi nam zatem wprost: to nie sutanna doprowadza do – powiedzmy – pedofilii, ale zło, które dana osoba nosi w sobie. Sam stan kapłański nie determinuje złego ani dobrego postępowania, tym czymś (a właściwie kimś) jest człowiek. A Kościół? A Kościół to dalej będzie grupa ludzi powtarzających te wszystkie, próbujące wybielić plamy, dyrdymały. A pośrodku nich, tak jak w filmie, stoi człowiek i zadaje im pytanie bez odpowiedzi: „Na Boga, co Wy robicie?”.

Total
91
Udostępnień