Czym kokietuje nas Koterski – recenzja 7 uczuć

Widzowie filmów Koterskiego dzielą się na dwie grupy: na tych, których ciekawi talent reżysera i na tych, którzy chcą się pośmiać z soczystych wiązanek i niewybrednych żartów. Jeśli jesteście w tej drugiej grupie, może się okazać, że filmy tego twórcy nie są dla Was. 7 uczuć dorównuje humorem Dniu Świra, a powagą tematu równa się z Wszyscy jesteśmy Chrystusami. To oznacza, że można się tu dobrze pośmiać, ale nie można zapomnieć, że Koterski to mistrz zgłębiania ludzkiej psychiki dotykający czegoś, co Amerykanie zapewne nazwaliby słowami „deep shit”.

Dystrybutor reklamuje ten film samymi śmiesznymi scenami (mam tu na myśli szczególnie sławny teaser o „palcu w pupie”), ale potem w kinie ludzie przestają chrupać popcorn, bo robi się dziwnie. Powraca bowiem główny bohater filmów Koterskiego. Nie mam tu wcale na myśli Adasia Miauczyńskiego (choć ten oczywiście jest obecny). Chodzi o depresyjne uczucie nostalgii, które towarzyszy Adasiowi w każdym obrazie reżysera – tęsknotę za młodością, za czasami minionymi, które – w przekonaniu głównego bohatera – zostały nie tylko utracone, ale przede wszystkim, kompletnie niewykorzystane i źle spożytkowane. „Ileż to razy w myślach osiągałem wszystko, udało mi się tylko nie być komunistą” powtarza w swoich filmach Miauczyński, a my oglądamy opowieść o synonimach słów bezradność, rozpacz i zmęczenie.

7 uczuć, fot. WFDiF

Nie inaczej jest w 7 uczuciach. Koterski powtarza nam znane już zwroty, wraca do opowiedzianych motywów (to wcale nie jest zarzut). Tym razem jednak robi to przyjmując bardzo specyficzną konwencję. Teraz Miauczyński przychodzi na terapię i pani psycholog opowiada o swoim dzieciństwie, a potem dorastaniu. Cały film jest właściwie zbudowany na bazie konkretnych fragmentów z życia kilkuletniego chłopca, który staje się młodzieńcem. Sztuka jednak polega na tym, że wszystkie role dzieci grają dorośli. Z początku to się może wydać głupie, bo ile można patrzeć na tego Miśka Koterskiego jak ryczy i wyje udając kapryśnego urwisa. Jak rozbiera do naga swoją nianię bawiąc się w lekarza, jak siedzi na kolanach mamy deklarując, że tylko z nią, tylko z nią się ożeni. Stary byk ubrany w fartuszek i kolanówki udaje dzieciaka – też mi heheszki.

Dobrze się zatem domyślacie (eh Wy, Wy, przebiegłe liski!), że tu o coś musi chodzić, że to nie może być takie proste przebrać aktorów w szkolne mundurki i śmiać się jak siedzą w ławkach. Kobiety mogą tego nie rozumieć (bo pewnie tak nie mają), ale ile razy Wy, dorośli faceci, mieliście ochotę wskoczyć do basenu z plastikowymi kulkami? Albo dołączyć do syna w ogromnym parku rozrywki ze zjeżdżalniami i dmuchanym zamkiem? A zabawki dla dzieci to kupujecie tylko dla nich czy może też byście sobie taką ciuchcię zbudowali, hę?! Gdyby nie te przeklęte konwenanse, sam bym chętnie pośmigał na tych placach zabaw i małpich gajach, wspinał się po drabinkach i skakał z huśtawki. Człowiek nigdy nie przestaje być dzieckiem, po prostu dochodzi do pewnego etapu, w którym już mu nie wypada, bo to śmiesznie wygląda. No właśnie, śmiesznie wygląda.

7 uczuć, fot. WFDiF

W dzieciństwie wszystkiego się uczymy, a potem już trzeba samemu. To jak umiemy w życie zależy zatem od tego, co zobaczyliśmy i słyszeliśmy, gdy byliśmy jeszcze mali. To dlatego każdy z napotkanych psychologów powie Wam, że wszystko, co najgorsze teraz, bierze się z Waszego dzieciństwa. Dlaczego? – zapytacie. Reżyser odpowiada: bo od małego nikt nie uczył nas, jak wyrażać i przeżywać podstawowe uczucia. „Jeśli nie wiem, jakim mam być mężczyzną, pozostaję chłopcem” mówi jeden z bohaterów Baby są jakieś inne. Adaś i jego rówieśnicy są w kropce – nikt ich nie słucha, nikt nie rozumie.

W dzieciństwie kawał sznura był skakanką, ojciec nie golił się maszynką, a – zdałoby się – jakby szablą prawdziwą, starszy brat zdawał się taki dorosły, że jakby w krawacie już chodził, jak mężczyzna. Idolem był kumpel z ławki – najlepszy w pluciu na odległość, chodzeniu na wagary i dokuczaniu dziewczynom. Taki był cały nasz świat. Rozmawialiśmy ze sobą rymowankami, a najlepszą odpowiedzią na wszystko było „Ja się Ciebie nie boję, bo mam w dupie naboje!”. O wyborach stanowiły wyliczanki, a najszybsze motocykle zawsze były niewidzialne. Dziewczyn się nie podrywało, tylko przezywało (chodziło i tak o to samo), a pierwszy pocałunek to, łejezusmaria, zasnąć nie było można.

7 uczuć, fot. WFDiF

Ładnie to tak, Panie Koterski grać sobie sentymentalizmem? W kokieterię się Pan bawisz? Każdy przecież chciałby wrócić do tych czasów, wszyscy lubią powspominać. Ale okazuje się, że bohaterom 7 uczuć nie jest wcale do śmiechu, bo właściwie z każdej strony atakowani są stadionowymi epitetami. Najlepsza uczennica, kujonka jakich mało, dostaje burę za piątkę minus, jej koleżanka, bo nie idzie jej najlepiej z gegry, a ten, co zawsze łapał jedynki jak zwykle beznadziejny. Cały film zmierza do puenty, która, choć może szokować, jest niemal tak odkrywcza jak Paulo Coelho. W dodatku wykrzyczana, wypowiedziana wprost, podana na tacy. Koterski zachował się prawie jak ten kiepski nauczyciel, który nie uczy, a jedynie przekazuje.

Szkoda, bo właściwie oprócz tego, niewiele jest rzeczy, które można temu filmowi zarzucić. Świetna gra aktorska, jak zwykle zabawne teksty i dialogi, naprawdę można się dobrze pośmiać na tym filmie. Nie przeszkadzał mi wcale Misiek Koterski, który z jednej strony grał swoją naturalną infantylnością, a z drugiej, gdy trzeba było, potrafił ją porzucić i spojrzeć w kamerę ze wzrokiem skazańca. Niewątpliwy plus za reżyserię, za granie konwencją, którą albo się kupuje w całości albo w całości odrzuca. Szkoda tylko, że do katalogu żartów zaliczyć trzeba także puentę.

Total
13
Udostępnień