Czym promieniuje Ślepnąc od świateł – recenzja

Wyłowiła mnie z tłumu, kupiłem ją, była po 20 bez grosza. Zaprosiłem ją do siebie, pomyślałem, że się może w sobie zakochamy w jakichś parszywych okolicznościach Polskich Kolei Państwowych. Prawdopodobnie nigdy bym tego nie zrobił. Nie kupił bym tej książki, gdyby nie ten serial. Połknąłem go w jeden weekend i teraz wydaje mi się, że nikt do tej pory jeszcze nie huknął drzwiami małego ekranu jak ten koleś Skonieczny, co się kumpluje z Żulczykiem. I „huknął” to jest akurat bardzo dobre słowo, bo Ślepnąc od świateł promieniuje intensywnością tak mocno, że po każdym z odcinków czujesz się, jakbyś właśnie skończył/a imprezę nad ranem i siedzisz teraz na murku, czekasz na pierwszy dzienny, kołysząc nogą do któregoś z ostatnich hitów sobotniej nocy, którego akurat teraz, przypadkowo pamiętasz. (Długie zdanie).

Masz sporo z życia, ale wydaje Ci się, że bardziej je jednak przegrywasz. W kółko myślisz o tych wycieczkach, na które jeżdżą wszyscy (wszys-cy) na świecie, tylko nie Ty i zaczyna Ci się robić przykro, że, o ile Twoi znajomi są już na advanced w życiu, Ty jedynie na mocno naciąganym intermediate. Pierdolnę to wszystko kiedyś, myślisz, ale za tydzień ktoś z Twoich znajomych stawia Ci wódkę i bawicie się razem w klubie z karaoke. Jebać Zanzibar, śpiewajmy razem z Beatką Kozidrak.

Pewnie dlatego bardzo blisko Ci do Kuby, głównego bohatera Ślepnąc od świateł. Kuba żyje jak król. Mieć takie życie jak Kuba, każdy by chciał, nawet Twój kolega Michał, który zawsze na pytanie „Skąd to masz?” odpowiadał „Mój tata ma firmę”. Kubuś rozwozi koks, jeździ (trochę przypałową) betą i może sobie pozwolić na spontaniczne kupno biletów lotniczych (ale LOTem, nie jakimś tam plebejskim Rajanerem). Ty możesz (oprócz Ciebie Michał)? No właśnie. Ale jest coś, co Was łączy. Kuba chciałby już odpocząć, wyjechać do, dajmy na to Argentyny, pić soczek nad basenem i jeździć kabrioletem w krótkich spodenkach. Pewnie, że tak, kto by nie chciał, co nie?

Jeszcze trzeba robić, ale już niedługo, już za kilka dni nas nie będzie. Będzie słońce, palmy i piękne ujęcia na instagramie. Tyle, że z towarem już cienko, a nowej dostawy nie widać. Trzeba latać po mieście i znosić ten cały nocny syf panoszący się dokoła. Kto był na imprezie studenckiej na trzeźwo, ten wie, o czym mówię. Ale nic to. Można czasem podwieźć kilku gości w takie jedno miejsce, zebrać dług, połamać parę rączek i jakoś zleci do widoku. No chyba, że o świcie, za fotelem pasażera w swojej lśniącej gablocie znajdziesz wielką torbę, bardzo drogiego i bardzo cudzego towaru. To wtedy jednak nie. Już wtedy wiesz, że jesteś w dupie. Jak wtedy, gdy dostrzegasz starą babę z psem, co przemierza kilometry przegubowych autobusów, żeby usiąść właśnie obok Ciebie, właśnie tu.

Nie zamierzam Wam zdradzać więcej z tej opowieści. Kto czytał książkę, pewnie i tak wie, co dalej, a ten, kto nie, będzie miał przyjemność z odkrywania. Skonieczny wjechał z buta do świata seriali, ale dobrze to przemyślał. „Strasznie nie lubię tego Żulczyka, ale skubany prozę ma dobrą” usłyszałem ostatnio. Jeśli czytaliście cokolwiek tego pana, to wiecie zapewne, że (druga część tej opinii) to prawda. Jest jednym z nielicznych pisarzy, którzy potrafią zbudować bardzo wiarygodny językowo świat. A Skonieczny to wziął i zmultiplikował. Pomnożył przez haj, przez odlot jak po najlepszych dragach. W efekcie nie tylko język jest tu intensywny jak refren System of a Down, a dosłownie (dosłownie!) wszystko.

Niektórych to razi. Że w dialogach przekleństwa padają częściej niż u Pasikowskiego, że bohaterowie wykrzykują swoje kwestie jak w teatralnych spazmach, że na siebie plują gdy się złoszczą i biją, gdy się kochają. Ale to właśnie dzięki temu, ten serial wciąga nas tak, jak bohaterowie kreski. Szybko, mocno, intensywnie. Ślepnąc od świateł jest jak narkotyk. Nie dopalacz, narkotyk. Nie daje kopa, tylko spuszcza wpierdol. W tym sensie biję brawo Skoniecznemu – widać tu wszystkie hiperbole, wszystko, co chciał osiągnąć, osiągnął. Nawet tego głównego bohatera przeciągnął na stronę filmu.

Z początku mnie trochę raził ten Nożyński. Widać, że dykcja nie ta, a gra jakaś taka sztywna, jak u Grześka Rasiaka. Ale po chwili widzę też, że w serialu sztywno znaczy dobrze, w porządku. Początkowe wady wymowy rzucam w niepamięć, gdy bohater się wzrusza. W porządku stary, możesz grać dalej. A dalej jest tylko lepiej. Więckiewicz i Chabior – wspaniałe, wiarygodne postacie. Pierwszy z nich burak, ale fajny, do lubienia, drugi zakapior i prymityw, odrażający typ, czarny piotruś (w ogóle czarny piotruś – wtf?!) wśród kart. I jest tu jedna rola, która moim zdaniem zasługuje na złoto. Gdybym był Kulczykiem i miał kopalnię złota, cały kruszec dałbym temu panu. Jan Frycz, ukłony. Gdy się gość pojawia na ekranie trzęsę porami jak małe dziecko na Postrachu z ulicy Wiązów. Tak zagrać to jest coś. Dawno nie widziałem w polskim kinie takiej roli i dawno nie byłem pod takim wrażeniem.

Ale nie tylko aktorstwo. Są jeszcze zdjęcia Michała Englerta. I nie chodzi tu wcale o te ładne ujęcia z lotu ptaka, drona czy innego latającego cholerstwa. Chodzi o te mastershoty, o te ujęcia, na których przechadzamy się przez nocne kluby, dyskoteki i pijalnie, zapchlone meliny i wrzeszczące neonami mieszkania. Jednym ruchem wchodzimy w skórę bohatera, mijamy pogrążonych w sobie kochanków, radośnie pijanych koleżków z jednej grupy, by dojść po schodach, czerwonych dywanach na górę, do kanciapy, do kantorka. Tam się dobija interesu, tam się toczy cała gra, od której nabrzmiewa i puchnie leniwie to miasto.

Razem z Kubą poznajemy cały świat nocnej Warszawy, poznajemy także jego klientów. Pomyślałby kto, że taki typ w okularach – bananowy, wiecznie w świecie gier… Że taki on mógłby wciągać? Prędzej już ta bogata pani z domu z pięcioma łazienkami, której mąż widnieje tylko na papierze. Albo ten sławny prowadzący, ten co rządzi telewizją, sami wiecie kto. Od rapera po kelnera, wszyscy biorą. Każdy chce więcej, więcej. Dlatego Kuba ma już dosyć, „Boże ześlij deszcz i zatop to miasto” mówi w myślach. Pora stąd wyjechać, bo będzie za późno. A może już jest? Raz zrobiony krok prowadzi ku przepaści, trzeba się wycofać. „Dobrze sobie siebie wymyśliłeś” mówi Kubie Dario. Na miasto spada tysiąc kropli deszczu. Czarnych jak smoła, gęstych jak noc.

Total
147
Udostępnień