Nie taki 1983 straszny, jak go malują – recenzja

Ależ to było frustrujące! Wszyscy gadali już o tym serialu, internet huczał, Agnieszka Holland pisała dramatyczne komentarze pod adresem hejterów (#brandzlowaniehejtem), a ja wciąż nie miałem czasu i możliwości, by to wszystko zweryfikować. W dzień premiery 1983 na Netflixie, akurat siedziałem w pociągu relacji Warszawa – Poznań i zastanawiałem się, ile jeszcze będziemy stać w szczerym polu, bo akurat cośtam (#wiadomoPKP). Nie zdążyłem, no nie zdążyłem ściągnąć odcinków na apkę, więc byłem skazany na towarzystwo w przedziale lub oddanie się książce, muzyce i telefonowi.

A przecież miało być takie łaaaaał, Ameryka panie! Netflix wjeżdża z buta i serwuje nam pierwszą polską produkcję. Zrobiło się światowo, wszyscy cmokali ustami, no, no proszę pana, to będzie z pewnością wspaniałe, proszę pani. Ale w rzeczywistości byliśmy jak ten dresiarz ze starego dowcipu, obok którego przechodzi dziewczyna, a ten odpala po swojemu: Spodobałaś mi się, nie spierdol tego (dziewczyna to w tej metaforze nasz serial, złapaliście to, nie? :P). Za chwilę wszyscy kliknęli play, potem facebook, dodaj komentarz i poszło. Lament. Syf, brud i krwawa dyzenteria. Smutek, znowu deszcz ja pierdolę i jeszcze nie ma fal. Piłkarze mówią wtedy coś w stylu: No nie weszliśmy dobrze w ten mecz.

Dobra, ale o co się w ogóle rozchodzi? 1983 to alternatywna wizja rzeczywistości, w której komunizm w Polsce nigdy nie upadł. Przyczyniły się do tego wybuchy, które w marcu 1983 roku wstrząsnęły całym krajem. Oto rzekomi terroryści dopuścili się zamachu, a dobra władza (oj jaka dobra) zjednoczyła kraj i dzięki temu wszyscy teraz żyją w spokoju i mają czyste serduszka. Teraz mamy 2003 rok, Warszawę i dwudziestą rocznicę. Kajetan Skowron (Maciej Musiał) właśnie kończy studia prawnicze i ma głowę pełną tych wszystkich propagandowych pierdół. A jakby tego było mało spotyka się z córką ministra gospodarki narodowej (który w tym serialu przyjmuje rolę kogoś w stylu pierwszego sekretarza). Wszystkiego dopełnia fakt, że jego babcia, pewnie gdyby tylko mogła byłaby cheerleaderką komunizmu. Słowem, resortowe dziecko.

1983, mat. pras. Netflix

Pewnego dnia Kajetan dostaje od swojego profesora zdjęcie oraz akta pewnej sprawy, w której ów profesor brał udział jako sędzia. Kajtek, jak to młodzian, pełen ikry i wigoru od razu zasiada do papierów niczym do krzyżówki jolki i swoją ciekawością zaczyna wiercić innym w brzuchach. Chwilę później pan profesor ginie w „wypadku” i wszystko się pierdoli. Kajtek, Kajtek, w coś Ty się wpakował. Okazuje się, że sędzia był zamieszany w jakąś grubą aferę, a kluczem do jej rozwikłania może być zdjęcie, które staruszek podarował swojemu studentowi. Przypadkowo lub nie, sprawa krzyżuje się z zagadką, którą próbuje rozwikłać akurat doświadczony milicjant, Anatol Janów (Robert Więckiewicz). Ten z kolei pracuje w Biurze Bezpieczeństwa Informacji (czyli takim urzędzie cenzury) i tropi niebezpiecznych typów, którzy pokochali maszyny ksero, by w ten sposób rozpowszechniać zakazane książki, m.in. Harrego Pottera lol.

Razem wpadają na trop czegoś grubszego, co nie pozwala im spokojnie spać, tylko np. zwiedzać zamki nocą. Nie pomaga im z początku zupełnie tzw. Lekka Brygada, czyli grupka młodych gniewnych, antysystemowych rebeliantów, którym dowodzi Ofelia ps. Effie (Michalina Olszańska). Gnojki niby takie młode, a potrafią strzelać, podkładać bomby i znają się na komputerach.

1983 to serial piekielnie nierówny, bardzo chimeryczny. Są tu momenty, które autentycznie mnie zaciekawiły i myślałem sobie „No, no, nieźle, zobaczmy…”, ale są też takie sceny, podczas których łapałem się za głowę i nie dowierzałem. Z tym serialem jest bowiem jeden, podstawowy problem – ktoś wziął oryginalny amerykański script, wklepał go do google translator, wydrukował i podpisał „scenariusz”. Są tu takie dialogi, którymi nikt się w życiu nie posługuje, uwierzcie mi. Brakuje w nich uwzględnienia pragmatyki językowej, lokalnego kontekstu, o gwarze czy potocznym słownictwie (wykluczając przekleństwa) nie wspominając. Nic dziwnego, że pojawiają się już komentarze, które mówią, że ten sam serial z angielskim dubbingiem ogląda się zupełnie inaczej.

1983, mat. pras. Netflix

Wydaje się również, że nie wszyscy aktorzy byli odpowiednio dopasowani do swoich ról i wypadają w nich po prostu mało wiarygodnie, choć jest ich dosłownie parę (nie będę wspominał nazwisk). Nie wszystkim może również spodobać się gra wietnamskich (czy też azjatyckich) aktorów, których zdolności językowe (to nie ich wina) powodują, że ogląda się ich z nieodłącznym poczuciem groteski. Wszystkiemu dopełnia istnienie dziwnych wątków, nie do końca rozwiniętych i niekoniecznie potrzebnych jak np. partnerki Anatola (w tej roli Edyta Olszówka), której istnienie prawdopodobnie nie ma scenariuszowo żadnego znaczenia.

No ale dobra, ponarzekaliśmy sobie, to teraz pora przejść do kontrataku. Bo nie taki 1983 straszny, jak go jednak malują. Mimo wszystkich wspomnianych wad, serial ogląda się całkiem przyjemnie, a cała intryga lub, zwał jak zwał, zagadka pełna jest pułapek i ślepych uliczek. Trzeba jednak na początek rozprawić się z tym mitem Macieja Musiała. Ej, chłopak serio nie gra źle. Scenariuszowo pasuje mocno do roli grzecznego, ułożonego chłopca, kujona z lśniącymi włosami i fotogenicznym uśmiechem. Występuje tu w zupełnie innym wydaniu, bez uśmieszków z komedii, za to z wymalowanym lękiem na twarzy i robi to – uwierzcie – zupełnie poprawnie. I to jest akurat jeden z plusów tego serialu. Ale nie Maciej Musiał, tylko w ogóle to, że na światło dzienne wyjrzeli aktorzy, którzy od lat wydawali się być pochowani w teatrach albo zupełnie innych światach.

Jednym z nich jest choćby Grzegorz Wons, którego ja pamiętam z kompletnie innej rzeczywistości, czyli programów pt. Oto leci kabarecik, w których podskakiwał i śpiewał wraz z Markiem Siudymem i Hanną Śleszyńską. A tutaj – komendant milicji, przełożony Anatola, niejednoznaczny moralnie, w zupełnie innym, poważnym wydaniu. Kolejny powrót to Ewa Błaszczyk w roli przesiąkniętej komunizmem babci Kajetana. Najlepiej jednak wypadł Mieczysław Zbrojewicz, jako generał Kazimierz Świętobór (no tak, z tymi nazwiskami coś jest na rzeczy, wiem) – szara eminencja serialu, człowiek którego właściwie nie wiadomo jak interpretować – dobrze czy źle.

To jest kolejny plus tej produkcji. Każdy z bohaterów jest wielowymiarowy, trudny do zdefiniowania, niełatwo jest jednoznacznie stwierdzić, czy mamy do czynienia z protagonistą czy antagonistą. Nawet ta poczciwa, kochająca i oddana Karolina (dziewczyna Kajtka – Zofia Wichłacz) nie daje się tak łatwo zaszufladkować. Wydaje się, że takie role to jest woda na młyn dla naszych rodzimych aktorów eksportowych. Świetnie wypada tu Robert Więckiewicz, bardzo dobrze gra Andrzej Chyra. Zdecydowanie najlepszą rolę kobiecą przypisałbym z kolei Agnieszce Żulewskiej. Dodatkowo, w drugim planie pojawiają się zupełnie nowe twarze młodszego pokolenia aktorów i – tu niespodzianka – nie ma wśród nich ani Antka Królikowskiego, ani Tomka Ziętka. Żadnej roli nie zagrał nawet Ogrodnik. Zupełnie nieźle radzi sobie za to Krzysztof Wach (w roli Macieja Fiolka/Maca).

1983, mat. pras. Netflix

Na koniec element, o którym muszę wspomnieć. Nie sposób bowiem nie docenić politycznej wizji autora serialu. Mimo, że 99% akcji serialu dzieje się w Polsce, to jednak wątki, które się w nim przeplatają mają charakter mocno międzynarodowy. W pewnym momencie robi nam się serial szpiegowski z wieloma organizacjami, których zadania krzyżują się właśnie w Polsce, wymieniając choćby SB, KGB, CIA czy nawet Mosad i IRA. Z mojego punktu widzenia, a skończyłem politologię (tak!), te wątki są naprawdę niezwykle ciekawe. Nie wspominając już w ogóle o alternatywnej wizji systemowej, w której Polska, pomimo komunizmu, rozwinęła przemysł technologiczny zdolny produkować własne telefony komórkowe (lub komunikatory) i weszła w głęboką współpracę z Wietnamem, przez co w Warszawie stworzyła się nawet mała dzielnica Chinatown tylko w wietnamskim wydaniu.

I cieszę się, że prawdopodobnie ten wątek zostanie w przyszłości mocno rozwinięty, bo serial kończy się w ten sposób, że na bank zobaczymy drugi sezon. Mam nadzieję, że producenci wyciągną wnioski i wyeliminują błędy, bo wystarczą naprawdę niewielkie zmiany, by zyskać prawdziwy cymesik. Nie mówiąc już o tym, że autorzy zdjęć Arek Tomiak i Tomek Naumiuk, zapewne wyłapią jakąś dobrą hollywoodzką robotę, bo ta którą wykonali przy 1983 zasługuje na jakiegoś serialowego Oscara. Oby byli obecni również przy drugim sezonie.

Total
15
Udostępnień