Dlaczego Zabawa, zabawa to idealny film do obejrzenia po Familiadzie

Alkoholizm w polskim kinie to jak pestki w arbuzie – jakikolwiek kawałek byś nie wziął, zawsze na jakąś trafisz. I u nas to samo, jakikolwiek film byś nie wziął, zawsze znajdzie się tam jakiś bohater z nosem na kwintę, flaszką pod pachą i gwintem przy ustach. I tak na dobrą sprawę, Zabawa, zabawa nie wniosła do rodzimego dorobku kinematograficznego nic nowego, oprócz jednej rzeczy. Głównymi bohater(k)ami Kingi Dębskiej są, proszę Państwa, kobiety.

Podobno, drogie Panie, pijecie inaczej niż my, faceci. Podobno staranniej ukrywacie swój nałóg, utrzymujecie go w dyskrecji, nie robicie awantur, nie śpiewacie na cały głos „A Legia kur…czak!”, nie upijacie się do nieprzytomności. Podobno też potraficie trzymać kieliszek w ręku, gdy wchodzicie po drabinie kariery – jesteście pracowite, odnosicie sukcesy i żaden tam alkohol Wam w tym nie przeszkadza. Bo faceci to wiadomo – flaszka musi pęknąć, ze mną się nie napijesz?!, potrzymaj mi piwo, itd. Od razu to widzicie, nie? Ale myślę sobie, że tak naprawdę to o kant dupy te wszystkie różnice. Jesteśmy wszyscy tacy sami! Alkoholizm ma płeć kapryśną – może i rozwija się inaczej, ale jak chwyci, to każdego wali w ryj tak samo.

Przyznajcie się szczerze – co widzicie, gdy myślicie alkoholik/alkoholiczka? Raczej tego typa w podkoszulce, na dożywotniej kuroniówce, który, albo leje wszystkich naokoło, albo leje sobie perfumy do gardła, gdy już go mocno bierze. Słowem: rynsztok. Tymczasem wszystkie polskie filmy z ostatnich lat, które poruszały temat alkoholizmu pokazują nam zupełnie innych bohaterów. Pamiętamy przecież profesora Miauczyńskiego (Wszyscy jesteśmy Chrystusami) czy też Jerzego z Pod mocnym Aniołem. Twórcy tych filmów pokazywali nam dwa różne podejścia do opowieści o tym uzależnieniu, możecie sobie to przypomnieć TUTAJ. Mianownik jednak pozostał ten sam: to nie jest tak, że tylko margines pije – inteligencja daje w palnik równie mocno, nie ma to tamto.

Zabawa, zabawa, fot. Robert Jaworski

U Kingi Dębskiej jest bardzo podobnie. Bohaterkami tej historii są 3 kobiety w różnym wieku. Magda (Maria Dębska), na przykład, pochodzi z bardzo porządnej rodziny, proszę Ja Was, bardzo porządnej. To jest taka rodzina, że w niedzielę po kościele obiad, na obiad zupa i drugie, a potem Familiada (#Złotopolscymissyousomuch) w telewizji. Każdy z nas to zna i nie mówcie, że nie, bo też na bank czym prędzej chrupaliście ogórki z mizerii, bo Karol Strasburger już opowiadał dowcip. No więc co, ze złego domu pochodzi Magda? No właśnie. Magda wyjechała z domu do Warszawy, bo kariera. Ma chłopaka, studia za pasem i robotę w jednym z takich biurowców, że widać panoramę miasta. Czyli, że prestiż. Gitarka. Jak wszystko pójdzie dobrze, może wkrótce być w tym miejscu, co Dorota (Agata Kulesza).

A Dorota to ma życie! Mieszka w dużym domu z gospodynią w standardzie, ma męża polityka, który wygląda jak Marcin Dorociński i właśnie świętuje jakiś-tam-kolejny-sukces w robocie. A jest prokuratorem i nie można jej tak po prostu powiedzieć, że nie mamy Pani płaszcza i co nam Pani zrobisz, bo ona akurat może zrobić. Dorota ma jeszcze własnego, prywatnego kochanka, którego nazywa maszyną seksu i lubi se czasem wskoczyć do basenu w kiecce. Być może kiedyś na tej samej drodze była Teresa (Dorota Kolak), a właściwie, ekhm, profesor Teresa Malicka, lekarz roku, pediatra naszych czasów, doktor wszystkich dzieci, które nasze są. Teresa jest już na tym etapie, że odbiera nagrody właściwie za samo to, że istnieje, zna całe środowisko, a dzieci mogłaby leczyć z zamkniętymi oczami. Brawo, po prostu, brawo.

Zabawa, zabawa, fot. Robert Jaworski

No i niby wiecie, niby wszystko super pięknie, ale nie zawsze jest niedziela, więc nie może być aż tak dobrze. Magda właściwie nie zwraca uwagi na to, ile butelek wina wypija, w końcu co w tym złego. Dorota to nawet lubi – gdy częstują, to nadstawia kieliszek i nie ma sprawy. A Teresa, no Teresa to właściwie już musi. To już jest ten etap pod tytułem „polej Pan, co masz, byle podwójnie”. I potem właściwie następuje historia, którą każdy chyba już zna. Każda z kobiet powoli traci swoje piękne, nieskazitelne życie, choć każdej z nich alkohol sprawia zupełnie inne problemy. Wszystko się psuje, wszystko się wali, zostają tylko pochowane w pralce butelki.

Zabawa, zabawa, fot. Robert Jaworski

Ta historia mogłaby mnie nawet wciągnąć, gdyby nie to, że została opowiedziana zbyt szybko, skrótowo. Oglądamy w tym filmie trzy równoległe historie, ale nie jest nam dane do końca wejść w świat naszych bohaterek. Nie poznajemy motywów ich uzależnienia, widzimy prostą opowieść, opowiedzianą wręcz naprędce. Karykaturalne postacie policjantów, z których mamy się śmiać dopełniają jedynie obrazu oglądanego przez szybę. Dębska, najpewniej nieświadomie, stawia niewidzialny mur, granicę, dzięki której Zabawę… trawi się łatwiej. Trudniej jednak w takiej sytuacji zagłębić się we wszystkie historie i poczuć dramat, który w tym filmie przecież jest, a pierzcha jeno jak krew z małej ranki. W tym sensie Zabawa, zabawa, pozostaje filmem, który zupełnie bezpiecznie można by obejrzeć w telewizji, zaraz po tej Familiadzie.

Total
12
Udostępnień