Oj, jak Ciemno, prawie noc – recenzja

Właściwie to nie wiem jak zacząć. Ciemno, prawie noc jest tak dziwacznym filmem, że muszę – z bólem – przyznać, że poziomem absurdu i groteski przebija książkę. Fajnie to jest wszystko zrobione, te trailery takie niby straszne, takie wszystko mroczne, netfliksowo, nowocześnie nakręcone. Ale koniec końców wszystko zamiast straszne, wychodzi śmieszne. W „Pani domu” pewnie napisaliby o tym: kupa śmiechu, do dzisiaj z teściem wspominamy tę historię. A to ani straszne, ani śmieszne, a może właśnie przez to i straszne, i śmieszne.

Ja to muszę Wam się przyznać od razu, że jestem hejterem książki Ciemno, prawie noc i przysięgam, że nie mam pojęcia jakim cudem to dzieło dostało nagrodę Nike. I żaden zwolennik tego pisadła mnie nie przekona, że to „wspaniała historia i przecież tak dobrze napisana”. Sraty pierdaty! Ja naprawdę staram się raczej nie krytykować tak bardzo ani filmów ani książek, ale tutaj mamy do czynienia z klasycznym przypadkiem powielenia tego samego błędu. Po prostu gdybym był Pinokiem ze Shreka właśnie teraz powiedziałbym tę kwestię: „Nienawidzę takiej szmiry!”.

I szkoda, wierzcie mi, szkoda. Szkoda, że Borys Lankosz – gość, który umie w filmy – wziął się za tę historię. Stał się tym poczciwym harcerzem, który chciał stokrotkę, a sam w pokrzywy wpadł. Bo to po prostu jest źle napisane i tak samo źle zostało zaadaptowane. Trzeba od razu uprzedzić tych, co książkę czytali, że w filmie kilka (dość znaczących) wątków zostało celowo pominiętych. Ale to może i dobrze, sam nie wiem. Bo historii w tej opowieści jest tak wiele, że już teraz trudno jest się komukolwiek połapać, a co dopiero gdyby tam wrzucać wszystko. I to już pokazuje, że dzieło Joanny Bator jest praktycznie nieprzekładalne na film. Ktoś może powie, że jest, tylko reżysera trzeba lepszego. Ale ja nadal powiem, że nie jest.

Ciemno, prawie noc. Fot. Adam Golec/Aurum Film

Alicja Tabor (Tabor, Bator – funny huh?) wraca do swojego rodzinnego Wałbrzycha. Wraca, bo pisze reportaż o dzieciach, które zniknęły jak kamień w wodę, przepadły. I teraz uwaga – w książce istnieje podejrzenie, że być może za zaginięciem dzieciaków stoi lokalny pseudo prorok, wybraniec boga, pomazaniec, który mąci ludziom w głowach dla własnych celów. W filmie tego wątku nie ma. Po prostu dzieci zaginęły, nikt nic nie widział, nikt nic nie wie, a ludzie charczą, że już po dzieciach, że już nie żyją, lepiej żywymi się zająć. I Alicja (Magdalena Cielecka) teraz rozmawia z najbliższymi tych pociech, żeby poznać ich wersje zdarzeń.

Ale odkrywanie kart tej historii wiąże się z odkrywaniem historii o sobie samej. Łaaaał, niezłe nie? Powiedziałbym: oryginalnie. No więc Alicja poznaje kilka osób z najbliższego otoczenia, które opowiadają jej różne dziwne historie. I się okazuje, że ten jest bratem tamtego, tamta była kiedyś kimś innym, ten się okazuje teraz tamtym innym, a tamten drugi, to się okazuje, że to jest ten pierwszy, hehe, tylko się nikt nie kapnął. No dobra, na poważnie, to Alicja faktycznie odkrywa sporo prawd na temat swojej rodziny i przeszłości domu, w którym mieszkała. Szczególnie wzruszająca jest historia jej siostry Ewy, która była dla małej Alicji jak druga matka. Choć nazywała ją siuśmajtką, dbała o jej dobro i chroniła przed złem. A tym złem były Kotojady. Trudno powiedzieć, kim i czym były (lub są), można się tylko domyślać, że to określenie złych, niebezpiecznych ludzi.

Ciemno, prawie noc. Fot. Adam Golec/Aurum Film

Same koty mają w tej historii nie lada znaczenie. Są znakami dobra, atrybutami ludzi szlachetnych. Znajdują uosobienie w tzw. Kociarach, czyli dziwnych, samotnych kobietach, które – rozsiane gdzieś po górach Dolnego Śląska – są jak dobre duchy. Kociary po cichu chronią najsłabszych, pomagają dobrym, a same żyją jak koty – piją mleko i zajadają kocie przysmaki. Takie kocie superbohaterki tylko na emeryturze. I to już jest jeden z tych elementów, które po prostu nie dają się obronić. No bo powiedzcie sami – czy można utrzymać w opowieści grozę i mroczny klimat, gdy wprowadza się bohaterkę o imieniu Apolonia Kitty Kitty? Albo Babcyjka? Apolonia Kitty Kitty i Babcyjka?! Dodam, że w książce jest jeszcze Fredek ogrodnik księżnej Daisy. Czyli jeszcze raz: zło czai się na każdym kroku, niewielką mieścinę otaczają złe moce, a groza i strach sieją spustoszenie. Na szczęście są w tej historii Babcyjka, Fredek ogrodnik i Apolonia Kitty Kitty. No panie.

W rzeczywistości wyszło Lankoszowi okrutnie poszarpane dzieło z wieloma wątkami, które koniec końców w ogóle się ze sobą nie łączą. Na ekranie zaś, widzimy obraz upadłego Wałbrzycha – krainy jak ze złego snu, gdzie mary i zjawy czyhają na wszystko, co dobre, a właściwie każdy mieszkaniec tej mieściny mógłby z marszu dostać miejsce w najbliższym wariatkowie. Doceniam charakteryzację i serio doceniam zdjęcia Koszałki, ale finalnie wyszło dzieło, które jedynie udaje film grozy. W rzeczywistości zdaje się być jednak tanim horrorem klasy B. Zamiast się bać, po prostu się śmiejemy. Oglądamy zlepek przedziwnych historii, które są tak przerysowane, że momentami myślałem, że to nie film a jakaś niezbyt zgrabna aria operowa. Jest tu rozmach, ale nic się nie składa.

Ciemno, prawie noc. Fot. Adam Golec/Aurum Film

I przychodzi taki moment, że już myślicie sobie „no dobra, to chociaż zobaczmy, jak to się skończy”, ale potem następuje najgorsze. Nie ma bowiem nic gorszego niż bohater z misją rozwiązania zagadki i jej rozwiązanie w sposób samoczynny, bez najmniejszego udziału bohatera. Tak się właśnie dzieje w przypadku tajemnicy zaginięcia dzieci – rozwiązanie zostaje praktycznie podane naszej bohaterce na tacy. A, co jeszcze gorsze, na samym końcu wszystko wyjaśnia nam głos z telewizora. Jakby autor scenariusza już sam się zmęczył i powiedział „Dobra, to już weźmy, niech to wszystko objaśni dziennikarz lokalnych newsów i z głowy”.

Ogromnie mi szkoda Lankosza, bo uważam (nadal), że to niezły reżyser, ale Ciemno, prawie noc jest dowodem na to, że są takie książki, których lepiej nie przekładać na film. A już na pewno nie książek słabych, które tylko z pozoru sprawiają wrażenie niezłych. W filmie jest taka scena, w której dyrektor lokalnego domu dziecka (postać odtwarzana przez Piotra Fronczewskiego) mówi: Problemem w Polsce jest to, że nie Ci mają dzieci, co trzeba. I ja mogę powiedzieć za nim, że problemem w Polsce jest to, że nie te książki się ekranizuje, co trzeba.

Total
2
Udostępnień