Dlaczego szkoły pokochają Kuriera – recenzja

Jak Wam powiem, że z początku nie chciałem wcale iść na nowego Pasikowskiego to uwierzycie? Skutecznie zniechęciły mnie trailery, a i plakaty na mieście swoje zrobiły. Polska sensacyjna opowieść z czasów II wojny światowej? To się chyba jeszcze nie wydarzyło. Ale w skrócie powiem Wam tak: sensacja była, owszem, ale w zasadzie chyba niewiele więcej. Kurier jest dowodem na to, że Pasikowski potrafi dobrze budować klimat kina akcji, ale robi to tak, jakby zapominał o kilku innych aspektach. A w tym konkretnym przypadku, jest do tego zadziwiająco grzeczny.

No bo wszyscy pamiętamy tego Pasikowskiego z Psów, gdzie każdy szanujący się bohater musiał przynajmniej ze 20 razy rzucić „kurwą”, wypić kilka kieliszków wódki (koniecznie z grymasem), westchnąć nad życiem i powiedzieć jakąś złotą myśl z podręcznika dla gangsterów w stylu „A kto umarł, ten nie żyje”. A tu, proszę bardzo, grzeczniutko, kulturalnie, wszystko na poziomie. Owszem, czasem ktoś komuś strzeli w twarz, ale nie mówi już „O żesz Ty kurwo!” tylko jakoś tak „A masz, Ty!”. Kurier to jest taki film o okrucieństwie wojny, ale najlepiej dla szkół.

Tyle razy już to widzieliśmy, prawda? Wcześniej u Polańskiego w Pianiście, całkiem niedawno jeszcze u Komasy w Mieście 44. Jadą Niemcy, szybka łapanka na ulicy, ustawianie w rządku, strzały i gotowe. Ile razy byśmy tego nie oglądali, to zawsze są okrutne obrazy. I podobnie jest w Kurierze. Już pierwsza, otwierająca scena, pokazuje w jakiej rzeczywistości się znajdujemy. Jest rok 1944, Niemcy, choć na wielu polach już odpuścili, wciąż trzymają się mocno. I Polacy o tym wiedzą, dowództwo AK już kombinuje, kiedy najlepiej uderzyć. Ale sami nie dadzą rady, trzeba by się sprzymierzyć z bolszewikami (a tfu!) albo (najlepiej) czekać na pomoc od aliantów.

Kurier, fot. Bartosz Mrozowski

I tu pojawia się wątek Londynu. W Anglii przebywa właśnie polski oficer Jan Nowak (dla tych, co nie wiedzą: Jan Nowak- Jeziorański), emisariusz dowództwa AK, łącznik armii polskiej z rządem na uchodźstwie. I ta scena, w której go poznajemy jest akurat nie do obrony. Bo oto, proszę bardzo, nasz wspaniały dżentelmen konsumuje obiad w jednej z eleganckich restauracji. Wtem jego spokój zakłóca nadęty, arogancki, pyszny i butny angielski oficer, który bezceremonialnie (i bezczelnie dodajmy) zaczepia siedzącą nieopodal niewiastę. Jak się zapewne domyślacie, nasz kawaler wypycha pierś i staje w obronie pięknej nieznajomej. Anglik odpuszcza, a niewiasta wzdycha już tylko do niego. I wtedy nastaje ten moment, kiedy myślicie sobie „No, już prawie zwymiotowałem”, ale to nie koniec! Bo oto przychodzi kelner i publicznie dziękuje naszemu rycerzowi, a w tle staje cały sznur dziewcząt-służek, które pięknie i z gracją dygają przed całą salą, ale tylko dla pana oficera. Czekałem już tylko aż dwa przepiękne cherubinki zlecą z nieba i włożą naszemu mężczyźnie złoty laur na głowę. Kalos kagathos, kurwa jego mać.

Kurier, fot. Bartosz Mrozowski

No ale dobra, bo co dalej. Dalej to już szybciutko. Do Nowaka niedługo przychodzi premier Stanisław Mikołajczyk i razem idą do Churchilla. No i tam się dowiadują, że Europa już podzielona, kawałki tortu rozdane, a Polska znalazła się pod sowiecką strefą okupacyjną. I o żadnej pomocy aliantów w czasie jakiegokolwiek powstania to w ogóle nie ma mowy, zapomnij. Dupa zbita. Wkrótce Nowak dostaje misję przedostania się na terytorium Polski (czytaj Generalnego Gubernatorstwa) i przekazania tych informacji generałowi Borowi Komorowskiemu. Czyli, chodziło o to, żeby przekazać wiadomość, żeby powstania nie robić, bo nikt nie pomoże. Proste. Ale Niemcy to nie są tacy w ciemię bici i już wiedzą, co to za jeden ten Nowak i że będzie chciał przedostać się do Polski. Tak rozpoczyna się misja „Kuriera z Warszawy”.

I muszę Wam przyznać, że nie znudzicie się na tym filmie. Tu się akcja toczy wartko, jak strumyczki w roztopach. I ogląda się to przyjemnie, bo co chwilę coś się dzieje. Wobec tego, co jest nie tak, skoro niby wszystko po bożemu? Kurier jest jak mecz, w którym nasza drużyna prowadzi grę, całkiem przyjemnie się na to patrzy, ale na koniec dostaje kuriozalną bramkę i pozostaje nam wiadome uczucie niedosytu. Niby gra dobra, ale punktów nie ma. Trenerzy na konferencjach pomeczowych mówią wtedy coś w stylu „Noo, zabrakło nam wykończenia”. Otóż to – zabrakło wykończenia! Budujesz chałupę, ale na koniec brakuje Ci kasy na ładny tynk i używasz jakiegoś tańszego odpowiednika. Niby ładnie, ale znajomi jak przyjeżdżają, to ciągle tylko ogród zachwalają.

Kurier, fot. Bartosz Mrozowski

No bo wyobraźcie sobie, że w filmie Pasikowskiego, pada zaskakująco mało przekleństw. To dziwne, że się tego domagam, ale tu chodzi o nieco wierniejsze odwzorowanie tej okrutnej rzeczywistości – o niewybielanie tak tego nieszczęsnego Nowaka, o delikatne choćby zabrudzenie mundurów, które pewnie wyszły prosto z pralni, no i o niepokazywanie jednak tylu plastikowych okien w kamienicach Warszawy. Ja rozumiem, że tu mogło nie na wszystko starczyć, ale gdy zobaczyłem te okna po raz pierwszy, to już nic innego niestety nie widziałem. I na koniec, niestety, nie kupuję gry Philippe’a Tłokińskiego, czyli odtwórcy głównej roli. Ja doceniam na serio zaangażowanie, ale niestety uważam, że to jeszcze nie jest ten poziom.

Ale to nie jest też tak, że ja tu będę tylko grymasił. Bo trzeba przecież pochwalić naprawdę dobrze zmontowane sceny ucieczek, walk i strzelanin, w których zresztą Pasikowski się lubuje. Słowa uznania na pewno należą się tzw. drugiemu rzędowi, czyli aktorom drugoplanowym, których wysoki poziom gry aktorskiej nie jest już żadnym zaskoczeniem. Mowa o Mariuszu Bonaszewskim, Adamie Woronowiczu czy Tomaszu Schuchardt’cie. Swoje wyraziste epizody mają także Agnieszka Suchora, Wojciech Zieliński czy Cezary Pazura. Mamy zatem opowieść historyczną, z sensacją i bez nudy, a w dodatku z niedużą liczbą wulgaryzmów. Szkoły pokochają ten film.

Total
3
Udostępnień