3 filmy, po których pęknie Wam serce

Moja koleżanka zapytała mnie kiedyś, czy znam jakiś smutny film, bo ma ochotę sobie akurat taki obejrzeć. Ale nie chodziło o jakieś tam smutne opowiastki o tym jak facet chodzi po ulicy i duma nad swoim marnym losem, tylko o takie naprawdę smutne obrazy, które mają zostawić ślad, mają nas przetyrać, zmęczyć emocjonalnie, wypruć ze wszystkich radości i wycisnąć z nas jedną tylko rzecz – łezkę.

I ja byłem, moi drodzy, serio zaskoczony, że jak to można sobie świadomie zapodać takie coś i szukałem w mojej głowie tych wszystkich obrazów i nie mogłem nic takiego na szybko wymyślić. No może było to spowodowane tym, że ja sam to owszem, lubię jak film na mnie tak wpłynie i wiecie, i wtedy się przeżywa takie katharsis i się zostaje w kinie z taką rozdziawioną gębą a potem po wyjściu z kina to nawet radośnie ćwierkające wróbelki jakby śpiewały o tej naszej tragedii życiowej, która nam się akurat przypomniała. I która teraz sobie w nas siedzi i się mości gdzieś w naszej klatce piersiowej wygodnie.

No więc jest w tym coś faktycznie dziwnie przyjemnego. Ale ja nie do końca jestem pewny, czy świadomie mam ochotę sobie coś takiego fundować. Czyli jak idę na film to ja nie wiem, czy on mnie dobije czy zaskoczy, czy cholera wie co. Ja wiem, że on ma mnie poruszyć. W jakikolwiek sposób, ale poruszyć. I ja to sobie sam na koniec, wg własnego uznania ocenię, czy mi się to podobało, czy nie. Ale żeby to sobie tak pierdolnąć na zawołanie jak browca? No nie wiem.

Ale ostatnio znów mi się to przypomniało. Ta prośba od koleżany w sensie. Bo słuchałem sobie ostatnio podcastów Okuniewskiej (a kto nie słuchał, to boże mój słodki jedyny, ile Wy tracicie z życia, że jej nie znacie) i opowiadała akurat jak to robi sobie playlisty muzyczne na każdą życiową sytuację, a mistrzynią jest w składaniu utworów do siebie katowania. I pomyślałem sobie, że ta dziwna potrzeba, żeby się przetyrać emocjonalnie musi mieć jednak kilku zwolenników i coś w tym chyba musi być pociągającego. I wróciłem dzisiaj do tego pomysłu. Do pomysłu napisania o 3 polskich filmach, po których po prostu, najzwyczajniej w świecie, pęknie Wam serce. Jak bumcyk kucyk.

(I żeby nie było, ja tu nie będę Wam opowiadał fabuły tych filmów, bo Wy jesteście inteligentni i Wy po części już te filmy znacie, a jak nie znacie to sobie wyguglacie i dobra jest.)

1. Różyczka – reż. Jan Kidawa Błoński

Różyczka, fot. Krzysztof Wellman

To jest, słuchajcie, film, który jest definicją miłości. Jakby ktoś dzisiaj produkował jeszcze encyklopedie, to pod hasłem miłość powinien właśnie widnieć tytuł tego filmu. I to się powinno oglądać obowiązkowo, to powinien być jeden z punktów programowych do nauczania w szkołach, a nie jakieś tam kurde wędrówki węgorza albo wzór na aldehyd benzoesowy. Bo Różyczka to jest po prostu kwintesencja miłości z rozłożeniem na czynniki pierwsze. To jest opowieść o przewadze uczucia nad pożądaniem, o różnicy w ogóle tych dwóch rzeczy, o sile zaklęcia, które wywiązuje się, gdy ludzie są ze sobą blisko, a nie gdy układają ze swych ciał wszystkie litery. I że kochają się wtedy, gdy się czują bezpiecznie, swobodnie, gdy nikogo nie muszą udawać, nic nie muszą sobie udowadniać. I to wszystko moi drodzy, to ja to wiem, że to są te pierdoły od Paulo Coelho, ale one są najprawdziwsze. Miłość to jest banał nad banały. I my wszyscy, moi kochani, jesteśmy w tej opowieści banalni, wszyscy. Tylko sobie wmawiamy, że nie jesteśmy. Ale jesteśmy, uwierzcie mi.

I w Różyczce są dwa rodzaje tego uczucia. Jest miłość i jest miłowanie. Jest więź i jest pożądanie. A główna bohaterka jest po prostu pogubiona. Jest trybikiem, pionkiem, którego się przesuwa wedle uznania. A potem odkrywa, że można inaczej, ale okazuje się, że jest już za późno. Że każda miłość istnieje w określonym kontekście. I ten kontekst (historyczny, polityczny, społeczny i bóg wie jeszcze jaki) ją określa na tyle mocno, że czasami nie możemy z tym nic zrobić. I Różyczka też nie może, chociażby chciała. I jest już za późno, bo krzywda, którą zadaje działa we wszystkie strony. I wszystko potem znika, odpływa, i słychać tylko gwizd pociągu, który znika na czarnej tęczy mostu.*

2. Papusza – reż. Krzysztof Krauze i Joanna Kos- Krauze

Papusza, reż. J. Kos-Krauze, K. Krauze, kadr z filmu/ Next Film.

Trzeba Wam wiedzieć, że małżeństwo Krauze to byli mistrzowie filmów do katowania, naprawdę. Pokażcie mi osobę, która nie przeżyła Placu Zbawiciela. Boże mój, jakież to było wtedy (i chyba kurde jest wciąż!) ciężkie emocjonalnie kino. Po tym filmie nie wychodziło się na igraszki, tylko zawinąć się w supeł. I oni potem znowu to zrobili. Znowu zrobili film, który jest tak przeraźliwie smutny i boli z każdą klatką. I jeszcze, kurde, tę główną rolę znowu dali tej biednej Jowicie Budnik, która jest najsmutniejszą polską aktorką. No nie masz w Polsce takiej aktorki, która by Ci tak smutno zagrała, jak Ci to zagra Jowita Budnik. Człowiek smutek, kobieta melancholia.

I Papusza to jest smutna opowieść o smutnych losach smutnej romskiej poetki, która żyła w tak smutnych czasach, że kosmos. No bo słuchajcie, myślę sobie, że jak żyjesz w świecie, w którym nikt Cię nie chce i do którego wydaje Ci się, że wcale nie należysz, to kurcze pieczone, to jest chyba właśnie samotność, co nie. Papusza to jest historia o próbie znalezienia siebie pośród dwóch światów, dwóch kultur. Tylko problem pojawia się wtedy, gdy się okazuje, że próba uszczęśliwienia jednego z tych światów oznacza cierpienia drugiego. I wtedy powstaje taka koszmarna myśl, że jeśli nasze dobre intencje powodują krzywdę, to jedyną osobą, która na tę krzywdę zasługuje jesteśmy my sami. I idziemy w to. Czy to nie jest przerażające? Że idziemy w to, wchodzimy w ten układ, gramy w to. Że mamy tendencję do krzywdzenia siebie samego. I to jest tak okrutnie śmieszne, że złe rzeczy się dzieją i cierpimy, ale dokładamy sobie tego cierpienia więcej i więcej. I tak na ślepo sobie idziemy.

Tu miałem skończyć w zasadzie o Papuszy, ale wiecie co jeszcze? Jak Wam mało smutku, to odpalcie sobie na jutubie TEN teledysk z muzyką z tego filmu. Ta scena, jak Papusza spogląda jeszcze przez okno i już wie, że zostaje sama, samiuteńka a potem rozbrzmiewa taka stara romska piosenka, no to to jest ból absolutny i tu pęka każdy. Do przetyrki po całości.

3. Cztery noce z Anną – reż. Jerzy Skolimowski

Cztery noce z Anną, fot. Wojciech Krzywkowski

„Jak babka chciała, spotykam się z kobietą” – mówi główny bohater tego filmu. Tyle, że nie mówi tego przy kawce na stoliczku z obrusem z koronką, na wizycie u babuni, tylko na cmentarzu. Bo jego babka zmarła. I se pomyślicie teraz „Oeeeeesu, ale wymyślił, i że to niby ma być smutne, babcia mu zmarła, mi też zmarła no i no co no”. Ale ale. Kochani. To nie jest tak, że ja tu twierdzę, że gościu jest smutny z tego powodu. Chodzi o drugą część tego cytatu: „…spotykam się z kobietą.”

Bo nasz bohater widuje się z pewną panną, ale wiecie w jaki sposób prawda? Zakrada się do jej mieszkania, gdy ona śpi. I to jest mega creepy, to nie jest normalne i tak, zgadzam się, to jest przekroczenie granic. Ale to jest też tak bardzo smutne! Cztery noce z Anną to jest opowieść o samotności tak wielkiej i odosobnieniu tak dużym, że zwykły kontakt z drugim człowiekiem jest niemożliwy. A w tym naszym bohaterze drzemią piękne uczucia i my go lubimy z czasem. I nam pęka serce, gdy on tę Annę odwiedza. To nie jest żaden zwyrol, gdzieżby znowu, żeby było jasne!

To jest człowiek najzwyczajniej w świecie zakochany. Nie ma takiej siły, która powstrzymałaby zakochanego, nawet brak przystosowania do życia w społeczeństwie. I co, i czy ten człowiek nie zasługuje na to, by się zakochać? By odwiedzać ukochaną, by na nią spoglądać, wypatrywać jej, by przy niej przebywać? Czy to coś zmienia, że robi to w taki, a nie inny sposób? Gdy oglądamy ten film to myślimy sobie: niech ma. Niech się poczuje dobrze, niech będzie spokojny, niech mu to przyniesie czar. I mimo że ona śni, to niech ona i jemu zada takiego snu, i niech mu się przyśni. I niech we śnie wyjmie mu któreś rozwrzeszczane serce.**


Te wszystkie piękne parafrazy to nie ja, ja nie jestem taki mądry jak:

* Ewa Lipska, Martwy punkt.
** Tomasz Różycki, Kiedy włączyła mu się.