Legiony jak rzymskie kościoły – recenzja

Chcieliśmy sobie trochę zrobić film wojenny po amerykańsku. Taki, gdzie są efektowne sceny bitew, gdzie są bohaterowie, których się kocha, gdzie są akty heroizmu i żeby jeszcze to wszystko miało jakieś fajne efekty specjalne. I część z tych rzeczy się udała, muszę to przyznać. Nie zmienia to jednak faktu, że Legiony wpisują się w kanon polskich filmów historycznych, w których dominuje podniosłość, szablonowy scenariusz i odbiór treści jak czytanki z lekcji historii w podstawówce. To trochę dobrze, ale trochę też nie.

Rację miał Dariusz Gajewski, kiedy w Tygodniku kulturalnym mówił, że zależało mu na tym, żeby upewnić się przed przystąpieniem do zdjęć, że na ten film znajdą się odpowiednie środki. Bo wiecie jak to u nas wcześniej bywało, nie? Tak jak opowiadał Jacek Braciak, czyli, że mamy te czołgi z papieru, siedzimy se w okopach i dwóch gości mówi coś o poczuciu wyobcowania przez Niemców. Tak było, nie ma co ukrywać. No więc teraz wzięto się za to na poważnie. To znaczy, że ktoś sypnął wielkim hajsem. Wykosztował się na ten film i PISF, i jakaś tam fundacja na rzecz odzyskania niepodległości, i jeszcze ktoś tam, tak, że napisy początkowe to jest kilka minut dla sponsorów.

No więc teraz to już musi być cymes, teraz to już nie ma bata na Mariolkę, lecimy z tymi efektami. Tu ma się dziać, mają być bitwy, walki, mają się wszyscy dookoła napierdalać aż miło i jeszcze żeby gdzieś coś pierdolnęło na koniec, to już w ogóle zajebiście. I wiecie co? I to wszystko tu faktycznie jest! To jest bardzo rzadki przypadek polskiego filmu, w którym sceny można określić przymiotnikiem „spektakularne”. Serio, tu są rzeczy, których dawno nie widzieliśmy (albo w ogóle?) – są wspaniałe ujęcia szarży konnej, walk, wybuchów, strzałów, że to faktycznie robi wrażenie. I to jest właśnie ta groza wojny, a nie to, że my sobie podamy fajkę i powiemy, że nam jest ciężko w okopie.

Legiony, fot. Jacek Piotrowski

Czyli, pomyślicie sobie: jednak wyszło. Nie do końca. Byłem niedawno na urlopie w Rzymie i (czy tylko ja?) mam taką dziwną przypadłość, że lubię zwiedzać kościoły. Nawet w Polsce jak gdzieś jestem, to mam ochotę zajrzeć do jakiejś świątyni (co zresztą nierzadko robię). I w tym Rzymie miałem okazję zobaczyć mnóstwo barokowych kościołów, w których złoto lało się z sufitu. Legiony są trochę jak te kościółki – mnóstwo jest w nich zdobień, wspaniałych efektów, ale czy to zadowala tego, dla kogo to powstało? No właśnie.

Bo serio fajnie się ogląda te sceny rozmów w przepięknie oświetlonych lasach, te dynamiczne ujęcia jazdy konnej i wspaniałe zdjęcia letnich zabaw. Ale jak do tego dochodzi taki koszmarnie przewidywalny scenariusz, to mi się już trochę nie chcę. Legiony to jest historia właściwie trzech bohaterów. Na początku poznajemy Józka Wieżę (Sebastian Fabijański), który ucieka z rosyjskiej armii, jednak grupa pościgowa szybko go dogania. Z rąk oprawców ratują go akurat żołnierze legionów polskich, w których dość spory prym wiedzie Tadek Zbarski (Bartosz Gelner). Wycieńczony Józek od teraz obiera ziemniaki dla polskich wojaków i podróżuje razem z nimi. Od razu w oko wpada mu sanitariuszka Ola (Wiktoria Wolańska), ale – no wiecie sami – jest już zajęta, bo kocha Tadka.

Legiony, fot. Jacek Piotrowski

Józek wkrótce daje się poznać, jako dzielny bohater, więc jeden z dowódców od razu każe wcielić go do jednostek bitewnych. Gorzej jednak, że Tadka przenoszą do innego oddziału i musi rozstać się z Olą. A wiecie jak to było z rozstaniami w czasie wojny – odchodzi, ale czy wróci? I dalej już się domyślacie wariaci, co to się w tym trójkącie wydarzyło, ja wiem. Ale powiem Wam, że w drugiej połowie robi się trochę mniej przewidywalnie i możecie sobie te przewidywania o kant dupy rozbić.

Historie tej trójki oglądamy równolegle. Poznajemy historyczne dzieje Legionów, ale sercem opowieści jest to, żeby trzymać się razem. To, co sprawiło, że mniej liczna armia polska zdołała tak wiele osiągnąć, to była właśnie przyjaźń i poczucie wspólnoty. Razem mogli zdziałać zdecydowanie więcej i tak się właśnie stało. Ale z pewnością nic by z tego nie wyszło, gdyby nie poczucie, że pewne rzeczy są ważniejsze niż prywatne interesy.

Legiony, fot. Jacek Piotrowski

Legiony to film bardzo nierówny. Są sceny, które trzymają w napięciu i pozwalają z przyjemnością oglądać bitwy, o których właściwie niewiele wiemy. Ale są też takie sceny, w których łapałem się za głowę i zastanawiałem się, czy można pokazać jednak inaczej zaloty niż mizianie kwiatkiem po ręce. Są tu ciekawe dyskusje polityczne, ale są też te podniosłe i patetyczne zwroty w stylu „Jam jest Polak i nie założę rosyjskiego munduru!”. Wrażenie z pewnością robią spektakularne ujęcia wybuchów, ale przeładowanie niektórych z nich efektami specjalnymi nie sprawa wcale, że stają się lepsze.

W dodatku te efekty są na maksa widoczne i niestety wypadają sztucznie. Ja wiem, że tu kupa kasy na to poszła, ale serio to chyba nie powinno tak wyglądać. Podobnie jest z dźwiękiem (no tak, dźwięk w polskim kinie). Liczba postsynchronów, czyli wiecie tych takich dograń dźwięku ze studia jeszcze raz, żeby potem podłożyć na montażu, jest tak duża i tak piekielnie rażąca, że zacząłem się zastanawiać, czy ja czasem nie oglądam polskiego filmu z polskim dubbingiem.

I tak jeszcze prywatnie na koniec Wam powiem, że wolę Borysa Szyca w Legionach, gdzie gra Zbigniewa Dunina Wąsowicza niż tego nieszczęsnego Piłsudskiego. To, jak tu wygląda (blond wąsik) i jak prowadzi efektowną (chyba najbardziej spektakularną) scenę bitwy pod Rokitną, to serio robi wrażenie. A reszta niestety jest jak w tych rzymskich kościółkach – może i ładnie to wszystko wygląda, ale po wyjściu szybko zapominamy.